poniedziałek, 12 lipca 2010

Czy jestem prawdziwą feministką?

Dlaczego zadaję sobie to pytanie? Dzisiaj mija pierwszy miesiąc od mojego ślubu. Tak, popełniłam tę straszliwą zbrodnię i związałam się z wrogim podgatunkiem... I teraz boję się do tego przyznać. A może ten mój feminizm był tylko udawany? Bo byłam za brzydka, za głupia, nie miałam powodzenia itp., więc wolałam dawać ludziom jakieś bardziej intelektualne wytłumaczenie? A kiedy już zaciągnęłam jakiegoś naiwniaka do ołtarza, odkryłam swoje ja: jestem PRAWDZIWĄ KOBIETĄ! Kocham mężczyzn, chcę być żoną i tworzyć z kimś dom, jak więc mogę być FEMINISTKĄ? PRAWDZIWA FEMINISTKA, w przeciwieństwie do PRAWDZIWEJ KOBIETY, nigdy nie miała i nie będzie miała takich pragnień. Jedyne co mi w głowie to kariera, kariera, kariera, nienawiść do mężczyzn, lesbijskie upodobania i zapędy do "wyzwolenia" innych kobiet - czytaj: przymusowa praca, porzucenie dzieci, domu i męża na rzecz tej okropnej kariery na etacie... Tiaaa... To już może przestanę się zgrywać. Z wiatrakami nie zamierzam walczyć, niektóre stereotypy tkwią w umysłach innych kobiet tak głęboko, że nie ma sensu tracić energii. Smutne to, ale lepiej poświęcić siły na pracę u podstaw niż tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem. Bo nie jestem. Jestem feministką, która wyszła za feministę. Tak, to zjawisko również występuje w przyrodzie :)

PS. Pozdrawiam wszystkie wyzwolone żony (niektóre z nich też mogą być feministkami)!