poniedziałek, 18 stycznia 2010

Czego Wenus musi się nauczyć a co Mars powinien sobie przypomnieć...

Opowieść o firmie szkoleniowej gdzieś w Warszawie. Ciekawe kursy, przystępne ceny, profesjonalna strona internetowa i kadra trenerska pewnie też. Niby fajnie, ale coś mi się jednak nie podoba.

Jest taki jeden kurs rozwoju kompetencji miękkich, chyba inspirowany książką Johna Graya Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus. Nazywa się "TRENING SKUTECZNEJ KOMUNIKACJI, czyli kobiety i mężczyźni w biznesie" i ma za zadanie nauczyć kobiety i mężczyzn na kierowniczych stanowiskach efektywnego porozumiewania się ze sobą i kierowania zespołami złożonymi z płci przeciwnych. Uczestnicy (zakładam, że uczestniczki też...) poznają tajniki skutecznych negocjacji z płcią przeciwną, dostaną odpowiedzi na szereg pytań dotyczących różnic w rozumowaniu, zachowaniu, podejmowaniu decyzji, komunikowaniu się, rozwiązywaniu konfliktów, itp. Słowem, dzięki temu kursowi Marsjanie i Wenusjanki przestaną toczyć ze sobą wojny i zaczną żyć w harmonii świata biznesu :-) 

Temat na czasie, bo przecież od dawna wiadomo, że kobieta i facet to dwa różne światy. Facet nie myśli, tylko robi, a kobieta za dużo się zastanawia, zamiast skutecznie działać :-P Ale jak pójdą na taki kurs, to już będą wiedzieli co i jak mówić do przedstawicielek i przedstawicieli wrogich plemion, żeby odnieść sukces. W końcu to bardzo ważne jak się jest menedżerem grupy ludzi, których się nie rozumie, a którzy w dodatku nie rozumieją ciebie.

Mogłabym spojrzeć na ten kurs z przymrużeniem oka. Sprzedaje się to, co jest modne, a pseudopsychologiczne wywody są modne, więc ludzie się nimi interesują. Z feministycznego punktu widzenia to szkolenie może nie byłoby nawet takie złe.Wśród zagadnień programowych można zaleźć coś, co zapowiada się jak walka ze stereotypami:

Męskie i kobiece stereotypy zagrażające dobrej współpracy:
box_r.gifcechy mężczyzn - cechy kobiet;
box_r.gifzachowania charakterystyczne dla każdej z płci;
box_r.gifkobiety i mężczyźni w okowach norm społecznych;
box_r.gifstereotypy w osobistych doświadczeniach;
box_r.gifskutki działania stereotypów dla funkcjonowania zespołów i firm.

Wszystko pięknie, zwłaszcza te "okowy norm społecznych". Myślę sobie, że to może jakaś forma edukacji genderowej w biznesie czy coś... A tu rozczarowanie. Okazuje się, że firma szkoleniowa sama nie potrafi wyjść poza stereotypy. Wymieniając korzyści płynące z uczestnictwa w tym kursie firma nas informuje, że kursanci poznają odpowiedź na pytania:

 box_r.gifJaka wiedza i umiejętności potrzebne są kobiecie, aby skutecznie zarządzać zespołem, w którym przeważają mężczyźni?
 box_r.gifO czym powinien pamiętać mężczyzna, pracując w zespole składającym się z kobiet?

Czyli kobieta musi się NAUCZYĆ (bo tego nie wie), a mężczyzna powinien jedynie PAMIĘTAĆ (bo wiedział, ale zapomniał) co jest ważne w komunikacji z płcią przeciwną? Być może niektórzy uznają, że się czepiam. Być może osoba pisząca ten teks chciała uniknąć powtórzeń i dlatego użyła wymiennie słów wiedza i umiejętności oraz pamiętać. Ale... dla mnie jest to przejaw stereotypowego myślenia na temat płci i nauki.

Oto wszechwiedzący mężczyzna-menedżer, któremu zdarza się zapominać niektóre rzeczy. Wystarczy, że je sobie PRZYPOMNI i będzie dobrze. Ale kobieta-menedżer nie ma tak łatwo. Ona po prostu NIE WIE. Ona potrzebuje WIEDZY I UMIEJĘTNOŚCI. Ona musi się ich dopiero NAUCZYĆ (swoją drogą, jak się znalazła na kierowniczym stanowisku, skoro brakuje jej umiejętności zarządzania ludźmi?). Fakt, do tej pory raczej nie była na szczycie, tylko podążała za instynktem i głosem natury, tj. siedziała w domu i cerowała mężowi skarpetki. No ale skoro już się tam dostała, to nie ma lekko. Uczyć się, uczyć, i jeszcze raz uczyć! W końcu Marsjanie (czyt. mężczyźni), mają przywództwo we krwi. Powiedziałabym wręcz, że całą wiedzę wyssali z mlekiem matki :-) Ale to przecież nieprawda! Kobiety wiedzę dopiero muszą zdobywać. Przybywają z tej swojej Wenus do Polski, zapisują się na kurs i pilnie pracują nad sobą, jak wenusjańskie mróweczki... W końcu muszą udowodnić całemu światu, że są warte stanowiska!

No dobra, trochę odleciałam :-) Ale naprawdę warto się zastanowić nad stereotypami. Coś, co się wydaje naturalne, zgodne z tradycją i "takie jak powinno być" ma swoje drugie dno. Czasami wystarczy spytać, niby dlaczego to jest takie oczywiste - i wtedy oczywistym być przestaje :-)

wtorek, 12 stycznia 2010

"Baobab" czyli "Nic śmiesznego"

Był kiedyś taki serial komediowy w TVP1 - "Baobab czyli zielono mi". Opowiadał o pierwszym żeńskim oddziale w polskim wojsku. W ramach kontyngentu NATO do wojska zgłosiła się grupa ochotniczek. Według opisu www.filmweb.pl serial pokazywał jak "NATO-wskie wymogi dotyczące służby kobiet w szeregach armii w żaden sposób nie przystają jednak do polskiej rzeczywistości, co powoduje wiele zabawnych komplikacji." Ja nie oglądałam tego "przezabawnego" serialu, bo wydawał mi się nie tyle śmieszny, co żenujący. No i sam temat - dlaczego obecność kobiet w wojsku ma być śmieszna? Bo wojsko to taka męska sprawa? A jeśli baba WBREW NATURZE wkracza na męskie terytorium i "próbuje udawać faceta" to musi być śmiesznie? No bo nikt nie przyzna, że kobiety żołnierze to zjawisko naturalne... To tak jakby założyć chłopu fartuszek, zamknąć go w kuchni i kazać mu gotować obiad z trzech dań dla całej rodziny. Prawda, że śmieszne? I jakie nienaturalne!    

O serialu przypomniałam sobie kiedy znalazłam artykuł o gwałtach w amerykańskich bazach w Afganistanie i Iraku. Okazuje się, że kobietom w wojsku nie zawsze jest do śmiechu. Kobietom w wojsku grozi przemoc ze strony, z której się nie spodziewają.

Kobieta w wojsku jest bardziej narażona na to, że zostanie zgwałcona przez kolegę niż na to, że zginie w ogniu walki.

Dowódcy, a nawet Pentagon, próbują tuszować sprawę, bo to stawia w złym świetle amerykańskie misje i ich dzielnych żołnierzy. Do tego dochodzi bagatelizowanie problemu. Jedna z ofiar mówi:

Jesteś w samym środku strefy wojennej. Twój drobny problem jest niczym w porównaniu z miną-pułapką, która właśnie raniła trzech ludzi z konwoju.

Natrafiłam na komentarz próbujący tłumaczyć, a w rezultacie "usprawiedliwiający" to przestępstwo."Ania" napisała, że przecież kobiety jadące na misje wiedziały czego się spodziewać:

Zabrakło dziewczynom wyobraźni w odpowiednim momencie, czyli przed podjęciem decyzji o wyjeździe na misję. A wystarczyło trochę pomyśleć... Tabun młodych, zdrowych, wysportowanych mężczyzn, do tego często zestresowanych i...ileś tam równie młodych, wysportowanych, często atrakcyjnych dziewczyn. Mężczyzn pozbawionych seksu z przyczyn natury obiektywnej. Do tego w wolniejszej chwili często odstresowujących się alkoholem. Męskość daje o sobie znać, hamulce puszczają i gdzieś trzeba dać temu upust, bo organizm się dopomina... Mężczyźni są wzrokowcami i nie ma w tym ich winy, po prostu tak ich ukształtowała natura.. A tu na podorędziu kobiety i co z tego, że to nie ich kobiety, widzą je, pożądają...Wiadomo, że dla mężczyzny seks bardzo często jest rozładowaniem negatywnych emocji, zwłaszcza w sytuacji ciągłego napięcia, strachu (...).

A ja myślałam, że jadąc na misję "walki o wolność i demokrację" (czyli do pracy - bo wykonują swój zawód żołnierza) kobiety mogły się spodziewać elementarnych zasad jakie rządzą społeczeństwem - szacunku dla drugiego człowieka, poszanowania prawa do jego intymności i wolności. Dlaczego to takie oczywiste, że jeśli kobieta wchodzi w grupę mężczyzn, musi się liczyć z tym, że ją zgwałcą? Dlaczego od razu zakłada się, że kobieta powinna to PRZEWIDZIEĆ? Czy to znaczy, że kobieta nigdy nie jest bezpieczna w towarzystwie mężczyzn, bo wiadomo, że kobieta + mężczyźni = gwałt? Bo jak mężczyzna widzi kobietę, nie jest w stanie zapanować nad swoim popędem, ale to nie jego wina. On tylko patrzy i nabiera ochoty...

A gdyby spojrzeć (sic!) na to z drugiej strony? Mężczyzna w grupie kobiet. Ekipa sprzątająca biuro w godzinach nocnych: jeden mężczyzna i kilka kobiet. Nocny dyżur w szpitalu: pan doktor i kilkanaście pielęgniarek i stażystek (niech będzie stereotypowo). Jakoś nie słyszymy o takich o przypadkach molestowania. Nie przestrzega się mężczyzn przed podjęciem pracy w takich warunkach. Nikt nie mówi, żeby uważali na kobiety. Nikt nie wyobraża sobie stada napalonych bab rzucających się na biednego mężczyznę, zrywających z niego ubranie, przytrzymujących mu ręce i nogi i gwałcących po kilka razy... A jeśli już ktoś o tym myśli, to w kontekście zabaw seksualnych - taka mała niespełniona (na pewno?) fantazja o wyzwolonych kobietach (swoją drogą podejście do strefy seksualnej kobiet i mężczyzn oraz ich "naturalnych" ról także wymaga jakiejś analizy...).   

W przypadku gwałtów w wojsku znowu przeważa pogląd, że ofiara SAMA TEGO CHCIAŁA, BO PO CO SIĘ PCHAŁA. Oczywiście autorka komentarza tego nie przyznaje. Oczywiście to wina mężczyzn, ALE kobiety nie powinny się same narażać... A jak szuka przygód, to niech potem nie narzeka (albo jeszcze chce odszkodowanie wyłudzić). Więc i tak wychodzi na to samo. I takich głosów jest niestety zbyt wiele... Takie wariacje na temat: BO MIAŁA ZA KRÓTKĄ SPÓDNICZKĘ, BO GO PROWOKOWAŁA, a może nawet JAK MOŻNA ZGWAŁCIĆ PROSTYTUTKĘ? Bo gwałt zawsze może być usprawiedliwiony (mężczyźni to wzrokowcy, są z Marsa i lubią seks), bo zawsze jest "naturalny" (mężczyźni to wzrokowcy, są z Marsa i lubią seks), bo zawsze można go przewidzieć (mężczyźni to wzrokowcy, są z Marsa i lubią seks), a tak naprawdę gwałt to nie gwałt, tylko sposób na rozładowanie emocji (mężczyźni to zestresowani wzrokowcy, są z Marsa i lubią seks)...